FightUaping in progress
  • Historie napisane przez życie

    Faza Niepoprawnego Optymisty

    Faza Niepoprawnego Optymisty — uznana za zaginioną.

    Poczucie Bezpieczeństwa — śmierć na miejscu.

    Wracanie Do Siebie — historia prawdziwa.

    Miało być tak pięknie. Miało nie wiać w oczy nam. Plan był ambitny. Jak zawsze. Potem… potem przydarzyło się życie i dołączył się (odwieczne utrapienie) natrętny perfekcjonizm. I tak oto powstanie kolejnego tekstu mocno odwlekło się w czasie. Rzekłabym… hańba.

    Choć…zważywszy, że moje pierwsze blogowe podrygi miały miejsce już w 2015 r. i że do publikowania wróciłam po 4 latach, ten miesiąc przerwy nie jest chyba jeszcze powodem do nadmiernego samobiczowania, prawda? 😀
    Też tak uważam!       

    Aczkolwiek, mam w zanadrzu coś „dobrego” na swoje usprawiedliwienie. Bo widzicie…z tym moim pisaniem, często bywa tak, że największa kopalnia pomysłów rodzi się w mojej głowie w najmniej odpowiednich momentach. Do tego mam nieodparte wrażenie, że ostatnie 5 lat mojego życia to nieustające pasmo zmian. Z tego względu wdrożenie w życie blogowych planów mnie przerosło. Niestety funkcjonowanie na takim trybie powoduje, że moje baterie wyczerpują się znacznie szybciej.

    Ale powracam z nową mocą! Obiecałam SOBIE (czyli sprawy mają się poważnie;), że najwyższy czas podzielić się swoim doświadczeniem. Miałam „przyjemność” zaliczyć kilka emocjonalnych Roller Coasterów i zdaje mi się, że może wyjść z tego dosyć przydatny, acz raczej porażający i niespotykany w Internetach materiał. Dziś na Wasze ekrany wjeżdża historia, która wydarzyła się równo 4 lata temu. Zapraszam!

    Podróżuj w czasie z FightUapą 😉

    Roler Koster tu tałsen fiftin (2015) wywołało zdarzenie, którego spodziewalibyście się…nie wiem…w filmach, może w snach. A tu psikus! Okazuje się, że wystarczy być zwyczajnym, nierzucającym się w oczy śmiertelnikiem, wiodącym niezbyt skomplikowane życie, żeby poczuć klimat jak na planie filmowym. Przygotujcie się na to, że temat do łatwych i przyjemnych nie należy. O takich przypadkach mówi się zazwyczaj, kiedy wydarzy się tragedia lub <no niespodzianka> statystyki odwalają taniec godowy i wołają o pomstę do nieba. Ale dość tych ogólników!

    Proszę o werble! Chwila grozy jak u Hitchcocka…

    Przenosimy się do pięknego, majowego poranka. Jest wtorek, godzina 9:00 rano. Moja mama już dawno w pracy. Tata również nie zwalnia tempa i załatwia swoje biznesy na mieście. Ja? Smacznie śpię po tym, jak w poniedziałek hardo ruszyłam z ogarnianiem swojego życia. Krótko mówiąc – byłam styrana jak koń po westernie.

    Wreszcie, kiedy już wstałam (cóż, praca dyplomowa sama się nie napisze), otworzyłam drzwi mojego pokoju, ubrana w piżamkę w serduszka (czyli w tym porannym „ogarnięciu” wyglądałam na jakieś 15, w porywach do 16 lat), a przede mną, na drugim końcu korytarza zamarł w bezruchu ON.

    Zatem jak się szybko zorientowałam, w domu jestem już nie tylko ja, ale i włamywacz. Włamywacz amator, który nawet nie sprawdził, czy aby na pewno wszyscy domownicy zdążyli się ewakuować.

    Dalsza, równie „szybka” ocena sytuacji pozwoliła mi stwierdzić, że typ jest mniej więcej w moim wieku (wtedy 23l.) i przy moim skromnym 155 w kapeluszu, ma jakieś 180 wzrostu. Po przewinięciu kilku stopklatek do przodu (bo zdradzę Wam, że czasoprzestrzeń w takich chwilach działa zupełnie inaczej), półśpiąca i nadal średnio rozumiejąca zaistniałą sytuację, nagle ujrzałam ów gościa stojącego przede mną, z nożem na wysokości mojej twarzy.

    That escalated quickly.

    Cóż, kolega ewidentnie nie przyszedł porozmawiać o sensie życia. Zależało mu raczej na tym, co może z mojego rodzinnego domu wynieść. Jak się domyślacie, rangę tego przeżycia umieściłam gdzieś w kategorii Totalnie Oderwany Od Rzeczywistości HARDCORE.

    Wierzcie mi, że żadna fala wulgaryzmów nie odda traumatycznego charakteru sytuacji, z którą musiałam się zmierzyć. Tak naprawdę trudno wyrazić słowami co wtedy czułam.

    Pamiętam, że w przerażeniu pytałam siebie, dlaczego obcy typ jest w moim domu? Dlaczego to się dzieje? To nie jest zabawne. Co mam zrobić, żeby to się PRZESTAŁO dziać? Nie mogę nawet zadzwonić po pomoc, bo bateria w telefonie jak na złość pokazuje tylko 1%.

    Czy to się już może skończyć?!

    Proszę?!

    Photo by Luis Galvez on Unsplash

    Wszystko co dobre, ale i złe, kiedyś się kończy (Thank God)

    Tak! Udało się! Ktoś przewinął ten horror do napisów końcowych.

    Znów zostałam w domu sama. Nieproszony gość był tak miły, że w końcu sobie poszedł. Fakt. Był trochę nieusatysfakcjonowany, ponieważ nie znalazł ukrytych w naszych skarpetkach milionów. Jedyne co dostał i co sprawiło, że udało mi się go pozbyć, to moje zaskórniaki – a było to jakieś 500zł. Oszałamiający majątek prawda? Mam nadzieję, że gość nie przewalił tych pieniędzy na głupoty. Jak się później zorientowaliśmy, zniknęła również (mało wartościowa) biżuteria mojej mamy.

    Straty moralne i ogólny stan psychiczny?

    Tutaj zawitała sodoma i gomora.

    I może na tym teraz zakończę (w innym wypadku, zamiast post na bloga, „niechcący” napiszę książkę). Tytuł tego tekstu pięknie podsumowuje co straciłam w wyniku tego kilkuminutowego spotkania. To był oficjalny koniec Fazy Niepoprawnego Optymisty i natychmiastowa utrata poczucia bezpieczeństwa. Dostałam błyskawiczną eksmisję z mojej Nibylandii. Oczywiście nie da się ukryć, że skutki spotkania z włamywaczem twarzą w twarz odczuwałam jeszcze przez wieeeeele miesięcy. Ale o tym, przeczytacie już tutaj.

    No więc teraz pytanie za biliord punktów…

    Jak z tym żyć?!

    Cel numer jeden: Trzeba jakoś wrócić do siebie.

    Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Ambitnie obrałam kierunek powrót! Toteż, po tej majowej „przygodzie” nie ustałam w pisaniu mojej pracy licencjackiej i już w lipcu obroniłam dyplom! Szok? Dla mnie niezbyt, gdyż przesiadywanie godzinami w bibliotece było niczym miód na moje skołatane serce. Znalazłam miejsce, w którym mogłam odetchnąć i nie oglądać się za siebie. Pisanie skutecznie przenosiło mnie w inny, bezpieczniejszy świat, bez przyprawiających o dreszcze myśli. Na początek to wystarczyło. Potem musiałam stawić czoła w walce o to, by wrócić do wersji siebie sprzed koszmaru, który mnie spotkał. I muszę przyznać, był to nie lada wyczyn! Ustalmy więc…

    Co straciłam?

    Tuż przed włamaniem, osiągnęłam coś, o czym zawsze marzyłam. Zaczęłam lepiej rozumieć siebie. Ba! W końcu poczułam smak akceptacji tego, kim jestem! To było najcudowniejsze uczucie na ziemi! :O

    Byłam szczęśliwa. Tak SZCZERZE i niewymuszenie szczęśliwa.

    A o to szczęście troszczyłam się SAMA.

    Byłam z tego powodu dumna i czułam, że wreszcie jestem silna. Taki stan ducha bardzo długo był dla mnie nieosiągalny. A jednak doprowadziłam do tego, że każde mniejsze lub większe niepowodzenie zaczęłam widzieć jako wyzwanie i okazję do nauki, aniżeli MOJĄ porażkę. Każde doświadczenie mogło stanowić lekcję na przyszłość. I nieważne jak bardzo pod górę miałam z realizacją jakiegoś planu, było mi z tym jakoś tak…lżej.

    Właśnie ten wewnętrzny spokój, jak za pstryknięciem palca, straciłam.

    Ale przecież nie mogłam tego tak zostawić!

    Photo by Atlas Green on Unsplash

    Z uporem maniaka powtarzałam sobie, że…

    Muszę na nowo zbudować swoją siłę. Muszę odzyskać to, nad czym tyle pracowałam. Ten kopniak od losu, bardzo mocno zaburzył moje poczucie niezależności, a co najgorsze, moje poczucie bezpieczeństwa. Jest to o tyle STRASZNE, że z poziomu osoby absolutnie szczęśliwej i zadowolonej ze swojego życia (podkreślmy to, bo może dla niektórych może mieć ogromne znaczenie) JAKO SINGIEL, stałam się roztrzęsionym bobasem, który po omacku stawia swoje pierwsze kroki. I nie dość, że te kroki stawia z dużą dozą niepewności, to towarzyszy im ogromne poczucie niesprawiedliwości i osamotnienia.  

    No bo cholera…dlaczego ja?

    Może dlatego, żebym w końcu uwierzyła, że jestem o wiele silniejsza, niż mi się wydaje. To nie logiczne, że dopiero po zderzeniu z niebezpieczeństwem czy nieszczęściem, uświadamiamy sobie, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni! Nagle nie ma czegoś takiego jak „nie da się”. Nagle jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie niespotykane pokłady energii!

    Tego rodzaju „terapia”, jak mogę stwierdzić z własnego doświadczenia, odnosi niesamowite skutki. Aczkolwiek z uwagi na brutalność – nie polecam i nie życzę jej nikomu.

    Więc, wypłacz się, ale się nie poddawaj! Jeszcze nie teraz! 🙂

    Kiedy byłam wrakiem człowieka, ktoś mi powiedział, żebym zacisnęła swoje mikro piąstki i nie dawała za wygraną. Tak właśnie zrobiłam! Dzięki temu dziś jestem coraz bliżej ponownego zamieszkania w Nibylandii, która tak gwałtownie została mi odebrana te 4 lata temu. Mam jednak nadzieję, że rozumiecie, iż własna bezczynność nie zbliżyłaby mnie do tego celu. Tu potrzeba ogromu ŚWIADOMIE wykonanej pracy. Bo to nie tak, że mój prywatny raj, gdzieś tam sobie jest, a ja pewnego dnia się na niego NATKNĘ i jak za dotknięciem magicznej różdżki, znów będę się czuć bezpieczna. Musiałam wrócić do tworzenia tego miejsca na nowo! To nic, że powstało tam gigantyczne gruzowisko. Staram się tym nie zrażać. Tobie polecam zrobienie tego samego 🙂

    Ty wiesz najlepiej, jak ma wyglądać Twoja Nibylandia 🙂 Ty wiesz najlepiej, co Tobie da poczucie bezpieczeństwa. Tylko pamiętaj. Daj temu czas. Nic nie przychodzi z dnia na dzień i ja jestem tego najlepszym przykładem.

    Ale będzie warto! Ja już wiem, że będzie! <3

    Tulam! <3

    Wasza FightUuuapa

  • A po więcej chodź tu